sobota, 28 stycznia 2017

A może kawałeczek czekoladki? - For flashy ones hempseed and mocha Zotter

Po dość intensywnych dwóch tygodniach związanych z natłokiem pracy oraz dość zajętymi wieczorami pisaniem pracy zaliczeniowej z wielką przyjemnością wyciągnęłam z barku ciemną mleczną czekoladę wypełnioną kakaowym kremem z dodatkiem nasion konopii indyjskiej Zottera. Po rozpakowaniu do moich nozdrzy dotarł zapach mocnej kawy przepleciony słodką wonią nasion konopii. Pierwszy kawałek rozdzieliłam na poszczególne warstwy. Warstwa czekladowa była bardzo dobra, gorzka, delikatna. Część kawowa wręcz doskonała, świeża, aromatyczna, intensywna. Ta konopna była bardzo słodka. Wręcz mdła. Kolejnemu kawałeczkowi  dałam szansę na powolne rozpuszczanie się w paszczy.I tu zalała mnie fala słodkości. Intensywność kawy i goryczka czekolady gdzieś znikły pod ciężką warstwą konopnej słodkości. Odczekałam kilka minut i wzięłam kolejny kawałek który szybko pogryzłam. I tu to samo co poprzednio. W sumie nie do końca wiem co mam myśleć o tej czekoladzie i co się stało,  skoro oddzielnie wszystkie warstwy były doskonałe, a konsumowane  razem zlały się w perfekcyjnie  przesłodzony ulepek. 

hemseed and mocha zotter

 

niedziela, 8 stycznia 2017

A może kawałeczek czekoladki? - Orange Wine Zotter

Jeżeli wierzyłabym bezkrytycznie w to, co piszą w internetach, to zapewne wylałabym albo oddała komuś niemodnemu moje białe wino z uwagi na to, że ponoć hitem teraz jest wino pomarańczowe. Zachwalają je też moi ulubieni dostarczyciele przyjemności, czyli panowie dystrybutorzy Zottera. I tak, idąc na czwartkowy obiad, wstąpiłam (a jakże by inaczej) do sklepu z winami Marka Kondrata i zakupiłam Orange Wine Zottera. Po rozpakowaniu złotka, moim oczom ukazał się typowy, nadziewany grubasek. Na pierwszy niuch nosa, pachniał nieszczególnie, ot świeża czekolada ukrywająca w sobie hektolitry alkoholu. Bez namysłu odłamałam kawałek i wsadziłam do paszczęki. Wgryzłam się w czekoladę niczym spragniony alkoholik po zbyt długim czasie abstynecji. Moje usta zalała fala ciepła i zrobiło się bardzo przyjemnie (nie róbcie tego na mrozie z butelczyną wódki). Ale tak czy tak, nie poczułam tu ani troszkę wina. Drugiemu kawałkowi dałam szansę na powolne rozpuszczanie się w ustach i przenikanie w śluzówki. Tu bardziej chyba sobie wmówiłam, że rozwija się cudowny, aromatyczny bukiet. Ech, niestety, ale prawdą jest, że w nadmiarze alkohol zabija. Tu na szczęście zabił tylko smak i motyw przewodni czekolady.