sobota, 30 kwietnia 2016

Tak bardzo zaczytana - Pokalanie

Któż z nas nie lubi czytać książek których akcja dzieje się na przestrzeni lat w których przyszło nam żyć. Taką książką jest Pokalanie Piotra Czerwińskiego, którą miałam okazję ostatnio mieć na warsztacie. Szczerze powiedziawszy, do tej książki przekonał mnie opis z tyłu czyli wskazanie na głupotę obecnych ludzi jaka idzie z samej góry - coś w stylu "ryba psuje się od głowy". Początkowe stronice były wręcz śmieszne w ukazywaniu ogólnego zidiocenia i debilizmu współczesnych ludzi. Później było nostalgicznie, wesoło, czasem wręcz boleśnie - ot takie wspomnienia dzieciństwa, młodości szkolno-licealno-studenckiej. Jak już doszło do czasów w których autor zaczynał karierę zawodową zaczęło być jakoś tak smutnawo. Ukazane zostało bowiem, że najważniejsze są układy, układziki, wazeliniarstwo, lansowanie się swoją głupotą. Dużo w tej książce wątków dotyczących wieloletniej przyjaźni głównego bohatera z kilkoma chłopakami, z którymi chadzał i nadal chadza on na pijackie wesołe imprezy, na których prowadzi dysputy o życiu, kobiet z którymi wchodził w przeróżne bliższe czy dalsze relacje. W sumie w tej książce każdy z nas może odnaleźć siebie, ale tu w sposób brutalny, autentyczny, a nie jakieś pitu pitu jak w   Kalendarzach. W końcowych zdaniach autor daje jednak nadzieję, że pomimo różnych trudnych często przeżyć jest nadzieja, że znajdzie się kiedyś ktoś,  kogo spotkamy na swojej drodze i poskleja nasze  popękane życie w jedną całość.

środa, 27 kwietnia 2016

A co tu tak pachnie? - Sunflower Kringle Candle

Jako  że pogoda nas zbytnio nie rozpieszcza i słońca jest jak na lekarstwo pozwoliłam sobie sięgnąć do pachnącego pudełka i wyciągnąć z niego wosk zapachowy Sunflower od Kringle Candle. Producent obiecuje nam, że wyczujemy w nim nuty słonecznika. Straszny z niego skromniacha. Wosk bowiem zarówno na sucho jak i po podgrzaniu pachnie cudownie, świeżo i tak słonecznie. Kwiatowo, miodnie i owocowo. W żaden sposób nie jest przykry ani drażniący. Coś mi się wydaje, że trafi na listę zapachowych ulubieńców. 

 

czwartek, 21 kwietnia 2016

A może kawałeczek czekoladki? - Peppermint Ritter Sport

Jako że ostatnie dni do łatwych, lekkich i przyjemnych nie należą, uznałam że dobrze by było wyciągnąć coś z szafy w której trzymam różne rzeczy służące do podnoszenia nadszarpniętego  morale. Tym razem trafiło na czekoladę deserową z nadzieniem miętowym Ritter Sport. Po rozprawieniu się z soczyście zielonym opakowaniem, do moich nozdrzy dotarł piękny, czekoladowo miętowy świeżusieńki zapach. Niewiele myśląc, odłamałam spory kawałek i umieściłam w ustach. Smak tej czekolady jest bajeczny. Nie chcę nic mówić, ale chyba znalazłam idealne połączenie mięty z czekoladą. Z chęcią bym zjadła całą tabliczkę za jednym kłapnięciem zębami, ale uważam że przyjemności należy sobie dawkować. 

 

niedziela, 17 kwietnia 2016

Tak bardzo zaczytana - dziś narzekania z samego rana

Dziś będzie notka zbiorcza dotycząca książek jakie przeczytałam w pierwszej połowie kwietnia. Jak wskazuje tytuł, będzie to w dużej mierze większość narzekań. Na pierwszy ogień poszedł Drach Szczepana Twardocha, czyli śląska saga o dwóch rodach: Gemanderów i Mangorów. Książkę czytało się dość ciężko z uwagi na liczne wtrącenia zwrotów pochodzących z zupełnie mi obcej gwary śląskiej a także zagmatwanie tudzież próbę paralelnego przedstawienia wątków następujących po sobie pokoleń w obydwu rodach. Nie wiem co autor miał na myśli zaczynając pisać tę książkę. Czy chciał nam powiezieć/uzmysłowić, że historia lubi się powtarzać, czy że nie uciekniemy przed przeszłością, czy że koniecznie musimy popełniać błędy naszych przodków, itp. Książka zupełnie mi się nie podobała i po części żałuję poświęcony na nią czas. Drugą pozycją był Diament Jerozolimski autorstwa Noaha Gordona. Tym razem było dużo lepiej. Historia rodziny Harry'ego Hopemana, historyka oraz jubilera pochłoneła mnie bez reszty. Być może to spowodowane było moimi zainteresowaniami. A być może też sposobem przekazu. W każdym razie ta książka zawładnęła moim sercem. I wreszcie największy czytelniczy niewypał czyli Kalendarze Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk.  Rzekomo miała być to opowieść o tym jak to wpływa na nas dzieciństwo, jak nas kształtuje. Wiadomo, każdy z nas miał je jakieś. Jedni lepsze, drudzy gorsze. Ale do jasnej ciasnej, czy jest jakaś większa ilość osób która z powodu swojego dzieciństwa pisze książki? No chyba raczej nie. Ludzie opowiadają sobie swoje historie z dzieciństwa swoim najbliższym/przyjaciołom przy piwie/wódce/soku pomarańczowym lub w innych okolicznościach. A tu mamy jakiś dziwny zapis z pierwszego pamiętnika małej dziewczynki w stylu: wstałam rano umyłam ząbki. Bo czy to jest jakieś łał, że na wsi się sprawia kurę, że mieszkając koło torów widzi się przejeżdżające pociągi. W każdym razie książka śmiało może stać się scenariuszem na kolejny szmirowaty serial jakie nas ostatnimi czasy zalewają z coraz większą siłą. A co najlepsze, na okładce jest napisane, że w tej mądre, sugestywnej i ważnej historii tysiące czytelniczek odnajdą swój własny los. Książka wcale nie jest mądra. Jest niebezpiecznie sugestywna w związku z tym odnajdywaniem losu - bo przecież raczej każdy z nas wstawał rano, jadł jakieś śniadanie, chodził do szkoły itp. Czas poświęcony na Kalendarze także był zmarnowany. Także jak widać pierwsza połowa kwietnia pod względem literackim była u mnie dość średnia.

niedziela, 3 kwietnia 2016

Za Twe oczy zielone, zielone - M&M's mint

Podczas ostatnich typowych zakupów spożywczych moją uwagę przykuł stojak ze słodyczami przy kasie, który zawsze mijałam obojętnie. Zastanawiałam się dlaczego akurat  tym razem spojrzałam na niego dłużej. Mianowicie zieleniło się tam niemiłosiernie od paczuszek z  zielonymi emenemsami. Po bliższym przyjrzeniu się, ku mojej uciesze okazało się, że są to M&M's miętowo czekoladowe, a połączenie mięty z czekoladą jest jednym z moich ulubionych. Bez namysłu wrzuciłam paczuszkę do koszyka. Po powrocie do domu przystąpiłam do sprawdzenia co to za cudo. W paczuszce znajdują się drażetki w trzech bardzo ładnych odcieniach zieleni. Spróbowałam każdej z drażetek, z nadzieją, że każdy odcień oznacza inną intensywność mięty. Guzik prawda. Wszystkie były takie same. Powiem szczerze, że jadałam lepsze słodkości miętowo czekoladowe.

 

sobota, 2 kwietnia 2016

A może kawałeczek czekoladki? - Silver Firs Zotter

Dziś będzie ostatnia czekoladka z zakupionych jakiś czas temu zotterowych zapasów. A mianowicie Silver Firs, czyli ciemna mleczna czekolada z miodowo-karmelowym ganaszem i sosnowym sznapsem. Skład zapowiada się całkiem obiecująco i ciekawie. Nie ma obaw. Po otwarciu złotka, zapaszek jest taki sobie. Alkoholowo-czekoladowy. Z lekką obawą przystępuję do konsumpcji. Czyżby mój Zotter się nie popisał? Wręcz przeciwnie. Po chwili rozpoczyna się uczta dla podniebienia. Zalewa mnie cudowne połączenie alkoholu, sosny i czekolady. Jest wspaniale. Czekolada trafia na sam szczyt mojego rankingu czekolad. Zapewne nie była to ostatnia w moim życiu tabliczka Silver Firs. Nie mogę się też doczekać wizyty w jakimkolwiek lesie iglastym. 

Silver Firs