czwartek, 31 grudnia 2015

Tak bardzo zaczytana - Pulpecja

Pulpecję Małgorzaty Musierowicz kupiłam sobie albo dostałam za czasów wczesnolicealnych albo późnopodstawówkowych (tak, tak - byłam ostatnim rocznikiem ośmioklasowej postawówki). Wtedy, z tego co sobie przypominam, książka ta bardzo mi się podobała, była miłą i sympatyczną powiastką o mieszczańskiej rodzince. Będąc chyba w drugiej albo w trzeciej klasie liceum, szczególnym przerażeniem napawał mnie fragment o Parycji, która to oblała maturę. Oczywiście jak to ja, wkręciłam sobie, że ja też mogę nie zdać. Na szczęście nic takiego się nie stało. Po wielu latach wróciłam do tej książki. Zaczęłam czytać wczoraj wieczorem, a dziś dokończyłam. Powiem szczerze, że mam teraz zupełnie inne odczucia niż wtedy, za czasów wczesnej młodości. Nie jest to taka ot sympatyczna, radosna powiastka o rodzince. Jest to opowieść poruszająca kwestie, które dotyczą każdego z nas. Problemy dnia codziennego, dylematy, trudne wybory, ich konsekwencje, zranienia, zaniedbania, itp.  
Zaznaczyłam sobie jedno zdanie (tyczy się ono sceny, w której to Gabriela patrzy na swoje śpiące córeczki owoce nieudanego małżeństwa z Januszem), którego wcześniej nie zauważałam. A jest to tak uniwersalne i sądzę, że każdy z nas miał w głowie takową albo podobną myśl, czy też wypowiedział to na głos, nie ważne czy przed sobą, Bogiem, czy do kogokolwiek: "Może, po prostu, nie da się mieć w życiu wszystkiego? Może takie właśnie chwile jak ta - dobre chwile wypełnione czułością i poczuciem bezpieczeństwa - powinny jej wystarczać za wszystko?".
I tak chciałam, może nieco nostalgicznie zakończyć tę ostatnią  notkę w odchodzącym, 2015 roku. 
Życzę Wam jak i sobie, aby nadchodzący za kilka godzin rok 2016 nie był gorszy od poprzedniego i przyniósł to, co jest wyczekiwane, przyniósł chciane zmiany, pozwolił na to, by choć częściowo osiągnięte zostały wyznaczone cele.   
 

środa, 30 grudnia 2015

A może kawałeczek czekoladki? - Vivani Marzipan Amaretto

Ostatnio dzieje się dość dużo i nie mam za bardzo czasu pisać, ale na kawałeczek czekoladki zawsze znajdę chwilkę. Tym razem troszkę czasu poświęciłam czekoladzie gorzkiej z marcepanem amaretto bio od Vivani. Po rozpakowaniu sreberka moim oczom ukazała się elegancka i pięknie pachnąca ciemna czekolada. Bez namysłu wpakowałam sobie kawałeczek do ust i było to niezwykle przyjemne doznanie bowiem spod płaszczyka gorzkiej czekolady wypłynęło przepyszne, słodkie i delikatne miodowe nadzienie. Czekolada ta całkowicie wpasowała się w moje gusta (jestem fanką połączeń słodko - gorzkich, słodko-kwaśnych itp) i na pewno kiedyś do niej powrócę.


Vivani z marcepanem amaretto bio
 

czwartek, 24 grudnia 2015

Wesołych Świąt

Wszystkim moim Czytelnikom życzę zdrowych, radosnych i spokojnych Świąt spędzonych w gronie najbliższych. Tym spośród Was, którzy nie świętujecie z różnych powodów, życzę dobrego i radosnego spędzenia tego czasu, odpoczynku i uciechy z dnia wolnego. A tym spośród Was, którzy akurat w Święta pracujecie posyłam trochę świątecznego ciepła  i myślami jestem z Wami. 

niedziela, 20 grudnia 2015

A co tu tak pachnie? - Kringle Candle Kringle

Święta zbliżają się wielkimi krokami. Dlatego też postanowiłam wyjąć z zapachowego pudełka typowo świąteczny zapach, czyli Kringle od Kringle Candle. Zgodnie z obietnicami producenta, powiniśmy odnaleźć w nim nuty piżma, goździków i drzewa cedrowego. Ja ani na sucho ani po rozgrzaniu nie poczułam ani goździków ani piżma. Jedyne co dotarło do mojego nosa, to intensywny, leśny zapach. Pomimo tego, że nie należę do miłośników tego typu zapachów, to ten mi się podoba. Nie jest jakoś specjalnie drażniący jak to w przypadku choinkowych bywa, ale to może jest kwestia temperatury jaką mam w pokoju. 

Kringle

sobota, 19 grudnia 2015

A może kawałeczek czekoladki? - Cachet z karmelem i solą morską

Podczas dzisiejszych szybkich zakupów nie mogło się obyć bez odwiedzenia półki z czekoladami. Stałam tam dłuższą chwilę nie mogąc się na nic zdecydować, aż w końcu do koszyka wpadła belgijska czekolada Cachet z karmelem i solą morską. Po odpakowaniu moim oczom ukazała się przepiękna, delikatna cieniutka tabliczka czekolady. Zapachowo była nieszczególna - ot, zwykła czekolada mleczna. Ale za to po skosztowaniu było już zupełnie inaczej. Niemalże od razu moje usta wypełniła cudowna słodycz, która szybko została spacyfikowana przez ostry, słony smak. Po połknięciu czekolady, w ustach pozostał mi wspaniały karmelowo-słony posmak. Cudowny, wspaniały, taki jak być powinien. I nikt mi już nie powie, że karmel nie współgra z solą

karmel z solą

czwartek, 3 grudnia 2015

Ars moriendi

Ars moriendi - temat poruszany na początku I klasy liceum. Dla mnie jeden z ciekawszych, ale wtedy potraktowany zwyczajnie, jako ciekawy temat, bez zagłębiania się w szczegóły, drugie dno czy przemyślenia. Dopiero po czasie, pod wpływem wielu wydarzeń docierają do człowieka pewne rzeczy. I nie chodzi tu o śmierć kogoś bliskiego - z rodziny. Chodzi o liczne śmierci ludzi spoza kręgu rodziny, często zupełnie obcych - ale czy na pewno... wykładowców, znajomych ze szkoły, nielubianych nauczycieli, ludzi z tzw. szklanego ekranu, czy też pewnych wydarzeń, które dają poczucie, że coś  się wydarza po raz ostatni. 11 września 2001 roku, była szkolna dyskoteka, o tym co się stało dowiedziałam się dopiero jak wróciłam ze szkoły. Miałam głupawe wrażenie, że to była ostatnia impreza w moim życiu. W 2004 - w okresie matur zginął Waldemar Milewicz - dziennikarz goszczący prawie codziennie na szklanym ekranie. I też jakoś tak dziwnie. Pamiętam  że napomknęłam coś na ten temat w pracy maturalnej, a że pisałam temat wolny to się dało. Potem zmarło kilku kolegów ze szkoły, w tragiczny, dziwny sposób - też przykro. Za kilka lat pewna nauczycielka, której początkowo nie lubiłam, ale im dalej to tym bardziej mi jej szkoda było, zwłaszcza, że teraz mogłabym z nią omówić naprawdę wiele tematów. Potem, za kilka lat (wtedy chyba wszyscy wpatrywali się w ekrany telewizorów z niedowierzaniem) - początkowo przy pierwszych informacjach podchodziłam do sprawy hardo i na chłodno, że  nic się nie stało, ale im później tym było gorzej, a jak pokazano listę i zobaczyłam nazwisko wykładowcy którego bardzo lubiłam, podziwiałam itp. Dostałam od Niego 3,5 z egzaminu (Chciałam ocenę poprawić, nie zgodził się. Pamiętam, że Mu powiedziałam, że to zła ocena, że jest mi przykro, że będzie wyglądało, źle w indeksie, że mi to popsuje średnią i że w ogóle to mi serce złamał. Wyszłam wściekła prawie ze łzami w oczach). Pamiętam do dziś, że te słowa nie były dla Niego miłe. A jak sobie uświadomiłam, że to co zrobiłam było złe - to było już za późno na wszystko, bo uświadomiłam to sobie jak zobaczyłam ową listę. Nic nie pomogło zapalenie znicza i czerwona róża. Ale nauczyło mnie to, że nie wolno się z nikim, nigdy pod żadnym pozorem rozstawać w kłótni czy złości. Bo za chwilę może być już za późno.