środa, 10 września 2014

Hummus i falafel w jednym daniu były



Jak zakładałam bloga to z takim zamiarem, że nie będzie zawierał recenzji restauracji, ale życie jest życiem i weryfikuje pewne sytuacje. Dziś miałam ochotę ugotować na obiad zupę krem z dyni o której pisałam jakiś czas temu. Wszystko fajnie, zupę ugotowałam, ale zanim to nastąpiło, sporo wody upłynęło w Wiśle. Z pracy wyszłam bardzo głodna i nie byłabym sobą, gdybym nie wstąpiła po drodze na małe co nieco. Od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem spróbowania przekąsek jakie są serwowane w malutkim barze (Take Away Israeli Style) na tyłach jednej z krakowskich synagog. Poszłam tam i bez namysłu zamówiłam falafel. Powiem Wam, że to był doskonały wybór (do tej pory jadłam ten przysmak w kilku miejscach i w żadnym z nich nie przypominał tego, o czym czytałam lub słyszałam od ludzi, którzy mieli okazję go spróbować na Bliskim Wschodzie).  Falafel serwowany w tym lokaliku jest podawany w chlebku pita suto wysmarowanym humusem, wypełnionym po brzegi warzywami,  w tym moim ukochanym bakłażanem, dwoma sosami (ostrym i łagodnym) i wspaniałymi przyprawami przywiezionymi prosto z Izraela. Przekąska ta wraz z pierwszym kęsie dosłownie rzuciła mnie na kolana. Moja pierwsza myśl po zatopieniu zębów w ciecierzycowych kuleczkach i warzywach to: „o rety  rety  jakie to dobre”.  Zjadałam z uśmiechem na ustach w okamgnieniu. Na 100 % będę wpadała z rewizytą do tego miejsca, które chociaż jest bardzo niepozorne i przycupnięte w cichej uliczce  serwuje naprawdę dobre jedzenie. Powiem Wam, że można tam też kupić izraelskie słodycze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz